39 tygodni



Cześć!
Noszę się z zamiarem napisania tego postu od samego porodu, ale jakoś przy tym Maluchu ciągle brak mi czasu. W dodatku jestem teraz w trakcie tworzenia zaproszeń na nasz Ślub i to też pożera mi mnóstwo czasu. Jednak do rzeczy. Zacznę od tego, o co było najwięcej pytań na instagramie:)

Skąd wiedziałam, że to JUŻ i jakie towarzyszyły mi uczucia - strach, obawa i stres - jak to było u mnie?

Na te pytania ciężko odpowiedzieć po krótce, więc po prostu wkleję tu opis porodu, który pisałam jeszcze będąc w szpitalu, a później z perspektywy trzech miesięcy, które miną w czwartek.




20 sierpnia miałam robione USG i KTG. Szyjka podobno długa i twarda (niegotowa do porodu), wychodzę z "diagnozą" : jeszcze chwilkę pospacerujemy w dwupaku, bo nic się nie zapowiada. Ogólnie skurcze przepowiadające (bezbolesne) miałam już od 20 tygodnia ciąży. Z kolei lekko bolesne miałam jakoś od 34 tygodnia. Kolejnego dnia po tych badaniach skurcze były dość bolesne, ale się nie nasilały i nie były zbyt regularne. Pojechaliśmy więc na zakupy, wróciliśmy, wykąpaliśmy się i położyliśmy się do łóżka. Skurcze ustały i ok. 23:00 stwierdziliśmy, że idziemy na spacer je rozhulać. Podczas spaceru odstępy między skurczami były coraz krótsze i nabierały na sile do tego stopnia, że musiałam się zatrzymywać, żeby je "przeoddychać". Wolnym tępem wracaliśmy do domu i rozmawialiśmy, że to chyba już i że jak będziemy już w mieszkaniu to na spokojnie się dopakujemy, zrobimy kanapki i kawę do termosu. Stwierdziłam, że idę jeszcze raz pod prysznic i jeśli nie ustaną - jedziemy do szpitala (mieliśmy do niego 30min drogi samochodem). Kąpiąc się zawołałam Pawła z informacją, że... chyba odeszły mi wody! Chyba, bo sama nie byłam do końca pewna. :D Wpadłam też na świetny pomysł, że weźmiemy osłonę przeciwdeszczową z wózka i założymy na fotel w samochodzie, żebym nie zmoczyła tapicerki, haha! W drodze skurcze miałam już co 3-4 minuty i były coraz mocniejsze - na tyle silne, że zaparkowaliśmy pod samym wejściem, gdzie parking kosztował nie bagatela 8zł/h! Przyjęto mnie na izbę, zbadano. Pierwszy poród? To raczej chwilę potrwa... Pani doktor, położne, jak i pielęgniarki raczej mnie zbagatelizowały. Tzn. myślały, że potrwa to raczej kilkanaście godzin, jak przy większości pacjentek. Będąc na sali przedporodowej zostałam zapytana o znieczulenie - stwierdziłam, że jeśli ma być gorzej, to oczywiście chcę! Podano mi kroplówkę nawadniającą i kazano czekać aż zejdzie - później miałam dostać znieczulenie. Miałam, ale nie zdążyłam, bo w tym czasie zaczęłam mieć delikatne parte skurcze! Zawołaliśmy położną, która zbadała mnie na skurczu, usłyszałam że mamy pełne rozwarcie i zapytałam tylko, że długo jeszcze - usłyszałam, że nie, więc w sumie odetchnęłam z ulgą i wdrapałam się na łóżko porodowe, gdzie za 15min położono mi na brzuchu Zojkę. <3










Przed ciążą ważyłam 50kg, w dniu porodu 70kg! A dziś już 55kg, z czego 5kg to pewnie mleko w piersiach, haha :D Czuję się świetnie, Zojanka jest zdrowa jak rybka i rośnie jak na drożdżach! 

Jeśli chodzi o obawy, strach, stres, jakoś w ogóle ich nie miałam. Całą ciążę byłam pozytywnie nastawiona do porodu, czytałam mnóstwo na ten temat i czułam się bardzo pewna siebie, świadoma swojego ciała, jak i całego procesu. Wiedziałam, że przecież nie powiem "sorry, ja nie rodzę", bo i tak nie da się tego zatrzymać, więc będzie, co ma być! I było super - od odejścia wód do Zoi na moim brzuchu minęło 3,5 godziny! :D Dużo gorzej zniosłam połóg, ale to już temat na kolejny post. 

Mam nadzieję, że odpowiedziałam wyczerpująco na wszystkie Wasze pytania:) Jeśli jeszcze jakieś się Wam nasuwają - śmiało pytajcie w komentarzach lub na instagramie.

Buziaki! :*



You Might Also Like

0 komentarze

Dziękuję za każde napisane słowo !♥
Thank You for every written word !♥